Amsal – koreański zamach

Słowem wstępu

To paradoks, że niektórzy obywatele Polski są tak zakochani w Japonii. Podziwiają ich sztukę, rozrywkę w postaci komiksu i animacji oraz kulturę i historię. Czy to możliwe, żeby kraj nieustępujący okrucieństwem Rosji i Niemcom mógł zyskać w oczach Polaka? Nasz kraj był upodlony. Nasz orzeł obdarty z piór. Nasi przodkowie pozbawieni godności. A mimo to coś nas ciągnie do Japonii. Do jej lepszej strony.

Koreański ból

Japonia to nie kraj małych, bezbronnych ludzi rasy żółtej. Nigdy nim nie był. Ich wyspa wcale nie ograniczała myśli o dużym lądzie stałym. O Azji. O Europie. O świecie. Jeśli ktoś pofatygował się, by przeczytać choć streszczenie historii Kraju Kwitnącej Wiśni, na pewno wysunął jeden wniosek. Japończycy byli dumnymi wojownikami.

Empatia względem Koreańczyków przychodzi nam bardzo naturalnie. Czasy dręczenia przez silniejszych i agresywnych sąsiadów przeplatały się ze spokojem i dobrobytem, jak teraz ma to miejsce w Korei południowej. Państwo Koreańskie nie prowadziło ekspansji terytorialnej. Nie było podboju dla podboju. Musieli za to mieć się na baczności, bo chińskie i japońskie smoki zawsze czuwały. Niejednokrotnie Koreańczycy stawali się celem brutalnych ataków. Palono lub zakopywano ich żywcem. Znęcano się nad nimi w sposób bestialski. Mordowano kobiety i dzieci.

Amsal

„Amsal” to zeszłoroczny film nakręcony przez Dong-hun Choia. Jako widz zostaniemy przeniesieni w lata 20 i 30 ubiegłego wieku do okupowanej Korei. To, co zasługuje na wyróżnienie, to fantastyczna oprawa wizualna. Stroje, przedmioty codziennego użytku, transport, budownictwo, bliskość z naturą – oglądając film można poczuć lekki żal, że nie żyło się w tamtych czasach (niekoniecznie w Korei). Jako że oficjalnie w kraju rządziła Japonia, poznamy ludzi z ruchu oporu. Cel mają jeden. Jest to oczywiście walka o wolną ojczyznę.

Propaganda

Zawsze istnieje obawa, że chcąc pokazać złą stronę medalu, sięga się po skrajne środki, pomijając pewne fakty. Filmy historyczne mają to do siebie, że łatwo zmienić je w propagandę. Siły, dominacji, nienawiści, cierpienia. Amerykańskie filmy wojenne w większości skupiają się na swoich walecznych „chłopcach”. Rosjanie pokazują, że zawsze przeleją krew w walce o pokój na świecie, choć są mili i wspaniali. Chińczycy wmówią widzowi, że to szanujący wszystkich naród, z nieskazitelną kulturą.

Nikt nie ośmieli się wytknąć amerykanom, że nie chcieli brać udziału w wojnie, bo nie uważali jej za swój problem. Mieli przecież świetny układ z Niemcami odnośnie studiów filmowych, które kręciły filmy propagandowe. Rosji nie wytknie się, że wpuściła do Europy gwałcących, mordujących, szabrujących podludzi. Zatem co stałoby na przeszkodzie, by Koreańczycy z południa pokazali japońskich oprawców, bestie zabijające niewinnych i swoich rodaków, cierpiących marzycieli o wolność?

Bez niepotrzebnego patosu

Nie obyło się i bez tego. Ujrzymy cesarskiego porucznika Kawaguchiego Mamoru. Opisywana zbrodnia, która odbyła się pod jego rozkazami, brzmi bardzo znajomo. Na ekranie ujrzymy ponadto jeszcze jeden, nieludzki czyn w jego wykonaniu. Przykład japońskiego okrucieństwa dla koreańskiego widza. Japończyk to twój wróg. Choć może nie.

Oprócz sytuacji typowo wojennych, jednostkowych przykładów, nie ma tu takiego przekazu. Nie ma usilnego pokazania, że oni to ci źli. Tym bardziej, że po stronie ruchu oporu stanął, trochę z przypadku, Japończyk. Uczucie słabnie, kiedy na pierwszy plan wysuwa się zdrajca. Jak można pokazać, że wśród nas byli kolaboranci, którzy donosili Japończykom, a nawet zyskali miejsce w ich szeregach? Jak to możliwe, że był obywatel, który na krzywdzie pobratymców bogacił się? Taki obraz zasługuje na uznanie. I choć nie brakuje chwil zżycia się z pokrzywdzonymi, to starano się odzwierciedlić historię. Bez zbędnego udziwniania. Bez szkalowania. Bez patosu.

Zamach

Tytułowy zamach to skupienie się na misji trójki obrońców wolności. Mają za zadanie zlikwidowanie ważnej postaci w cesarskiej strukturze, generała Kima oraz sługusa wroga, robiącego interesy nie patrząc na rodaków – Kang In-guka. Każdy zamach niesie za sobą ryzyko dekonspiracji, niepowodzenia czy śmierci. Ukazano całą ścieżkę logistyczną – od wybrania kandydatów, przez transport ich oraz broni po przygotowanie. Jakież miłe zaskoczenie jest dla widza, gdy plan nie do końca idzie zgodnie z założeniami i coś się zmienia tak dynamicznie, że zaczynami główkować, jak teraz powinni zachować się bohaterowie.

Jaskrawą postacią na pewno jest Yem Seok-jin. Widz we wczesnym początku dowie się, że to postać o dwóch twarzach. Yem jest znanym obrońcą niepodległości. Zasłynął swoim śmiałym zamachem na gubernatora Terauchiego w 1911 roku. Misja nie powiodła się, a Yem stracił palec i został pojmany przez kempeitai. Zginąłby, gdyby nie układ z nieprzyjacielem. Tak działający na dwa fronty Yem, jest przykładem konfliktu wewnętrznego, choć przedstawia się go bliższemu okupantowi.

Czy i jak z tytułowym zamachem poradzili sobie bohaterowie dowiecie się oglądając film. Naprawdę dobry, świetnie odegrany i pokazujący różne aspekty życia pod okupacją. Jak dobry staje się złym i jak zły dobrym. Jak budzi się patriotyzm i jak umiera. Jak rodzi się piękna wizja odzyskania kraju po latach okupacji i jak w jednej sekundzie wszytko sypie się, jak domek z kart, pozbawiając nadziei.

Napisy końcowe to dobry czas dla mózgu. Analizy tego, co właśnie zobaczyliśmy. Czy to szczęśliwe zakończenie? Czy w ogóle można mówić tu o szczęściu?

Myślę, że „Amsal” jest dla rodowitych Koreańczyków dumnym przekazem wartości, które nigdy nie mogą zginąć w narodzie. Nie można zapomnieć o negatywnych aspektach, ale nie mogą przesłonić prawdy. Nie przesłonią faktu, że dziś Korea jest wolna i korzysta z tej wolności. Budowany jest nowy i silny kraj, ale na trupach przodków – tych godnych chwały i niegodnych bycia człowiekiem.

Podobnego filmu przedstawiającego naszą historię brakuje. Obyśmy się jednak doczekali.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *