Blood: The Last Vampire – podobno „Matrix”, „Obcy” i cała reszta w jednym

Blood: The Last Vampire


Enty raz jesteśmy świadkami transferu anime-film fabularny. Enty raz czytamy oceny widzów. Enty raz… Oglądamy taką formę, aby w końcu natrafić na perełkę. Czy Blood jest takową? Zacznijmy od początku.

Słowem wstępu

Anime zadebiutowało w roku 2000, ale z tego, co pamiętam, bez większego szumu. Około godzinny seans to za mało, aby zagościć w sercach fanów, jednak potencjał jako taki był. Po niespełna pięciu latach seria „Blood+”, kontynuowała historię i to właśnie ona przyniosła ogromne zainteresowanie. 50 odcinków zrobiło swoje. Kiedyś to oglądałem, ale mało co pamiętam. Rok temu leciało na AXN Sci-fi i też zdarzyło mi się wybiórczo obejrzeć. Ogólnie to zastanawiałem się przed seansem wersji fabularnej, czy warto pisać cały ten artykuł, który i tak niczego nowego nie wniesie… Warto, bo i tak nie mam co robić. No to jedziem!

Zaczynamy seans

Pierwsza scena jest kopią z anime. mamy więc pociąg, a w nim młode dziewczę i facet. Następny profil akcji wygląda jak z „Matriksa” i to wzbudziło we mnie salwę durnowatego śmiechu. Goście ubrani na czarno, okulary, tępe wyrazy twarzy. Zupełnie jak ci (nie pamiętam, czy mieli jakąś nazwę), co deptali po piętach Neo i reszcie, pomylili plany i nieoczekiwanie pojawili się w Bloodzie.

Od razu mamy styczność z Sayą, główną bohaterką, którą gra Ji-hyun Jun – jedna z wielu koreańskich piękności. Jej gra w całym filmie to klasa sama w sobie. Szkoda, że dali jej miejscami drętwe dialogi, ale ta kobieta gra przede wszystkim twarzą (bez skojarzeń). To, w jaki sposób łypie spod łba… Brr, aż ciarki przechodzą. Za tę rolę powinna otrzymać Oskara! Zresztą, jeśli chodzi o grę aktorską postaci czołowych i pobocznych, to nie mam im nic do zarzucenia, ale to tylko dlatego, że za wiele to się nie spodziewałem.

Kolejnym ważnym elementem w filmie są oczywiście efekty specjalne, a tych tu miejscami jest sporo. I te udane i te zbędne. Spodobało mi się ukazanie krwi krwiożerczych potworów i reszty dziwadeł. Zresztą, każda krwawa scena została dobrze odzwierciedlona. Nie jest to czerwona woda, która opryska 10 km2 i obiektyw, tylko coś na wzór rtęci, czyli metaliczna bryza. Może wydać się to głupie i nie ma się czym podniecać – zgoda, ale obejrzałem ostatnio tyle mocno krwistych filmów, że taka ekspresja to rarytas. Widać tu pracę komputera no i sznurków, dzięki którym nasi bohaterowie i ich wrogowie latają sobie w bezkresie pierzastych chmurek.

Sceny walki też trzymają jakiś poziom. W jednej ze scen były tak szybko prowadzone, że nie nadążałem, ale wiadomo – wampiry i uch super moce, zwykły śmiertelnik wymięka. Dialogi, jak wspominałem w przypadku Sayi, nie przejdą do historii, ale ich mówcy, na całe szczęście, wczuli się i nieźle wyszło. Mimika to bardzo duży plus filmu. Nie zauważymy efektu kamienia, jak to rzecz miała miejsce w przypadku „Dragon Ball: Evolution”.

Jeśli przewinęła się jakaś muzyka podczas seansu, to możliwe, że ogłuchłem, bo tak się w film wczułem, że nie wyłapałem. Na szczęście podczas wyświetlania się końcowych napisów usłyszymy ciekawy fragment. Niestety, tylko fragment… Poza tym, to już tak półżartem, myślałem, że dziewczyna grająca Alice, to ta sama, co grała w „Zmierzchu” 🙂

I na koniec

Obejrzałem jakieś 30 minut temu, zerknąłem na oceny użytkowników i ich komentarze, które jak zawsze odpowiadają inteligencji osób ich piszących. Moja pierwsza myśl: „Ja $%#@, co to za ocena?! Między 5 a 6 na dziesięć – komentarze wielce ekspertów, &$%@!”. Tak, to moja pierwsza myśl. Mało konstruktywna. Ale tak serio. Nie rozumiem, jak można dać Bludkowi mniej niż 6,5. Film nie jest wybitny, nie jest też gniotem, który często gości w kinach i w telewizji. Film jest dobry.

Nawet Ci, którzy nie mieli styczności z anime, mogą się dobrze bawić. Może to zasługa później godziny oglądania, ale na pewno nie powiem, że zmarnowałem czas. Napiszę więcej. Seans powinien być dwukrotnie dłuższy! Naprawdę mi się spodobało i zachęcam do kupna PL DVD, jeśli się pojawi. Wtedy niech każdy sobie obejrzy, ale w odpowiedniej godzinie – nie rano, nie po przyjściu ze szkoły / pracy, nie wczesnym wieczorem, a wieczorem późnym. Tak, jak ja to uczyniłem. Moja propozycja to od 23 do maks 4, ale zależy, ile kto wytrzymuje. Cisza za oknem, organizm się uspokaja, głośniki na full i gwarantuję, że kilka razy wzdrygniecie od nagłego hałasu, który wzbudzi w Was chwilowy strach. Elementów wzbudzających śmiech też nie brakuje. Przypomina mi się odlatująca głowa.

„Blood: The Last Vampire”, mimo że nie pisałem o fabule bardzo rozlegle, bo taki i mój zamiar, jest godną polecenia pozycją, którą warto mieć w kolekcji. Czy to fan, anty-fan, czy zwykły koneser szerokiego ekranu – polecam, bo, kurde, warto!

A na koniec mała polewka z:
Andy Wachowski, reżyser „Matrixa” tak mówi o filmie: „To piękne. Zupełnie jakby sztuka Francisa Bacona ożyła”.
Idę lulu, bo umrę tu ze śmiechu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *