Dragon Ball: Evolution – czyli dno i sto metrów mułu…

Początek

Ech… Dragonik. Anime pozbawione wad, nad którym na przemian płakało się i śmiało. Najpiękniejsze 45 minut w dniu (RTL7 dawało 2 odcinki pod rząd) wypełniające szary, zmęczony umysł małolata. Coś ważniejszego, niż gra na betonowym boisku i spotkania z kumplami po szkole. Ośmielę się stwierdzić, iż ~80% chłopaków w wieku 8 – 12 lat, było zauroczonych tą magiczną opowieścią, a i spora rzesza starszych wyjadaczy po dzień dziś roztrząsa smocze przygody. „Dragon Ball” – najznamienitsza opowieść o losach Son Goku, jego przyjaciołach i wrogach. Cały świat zna legendę Smoczych Kul i tu jest haczyk.

Co to będzie?

Skoro wszyscy znają, to i wszyscy się interesują / zainteresują. Powoli zaczynamy gardzić Hollywoodem. Ba, rzygamy nim i na niego, ale on ociera twarz i serwuje, co serwował dalej. Pierwsza moja myśl na wiadomość o DB w wersji fabularnej była jak najbardziej pozytywna. Dalej było już gorzej. Zaczęły ogarniać mnie myśli „Po co?”, „To już było” (Japończycy dawno temu taką wersję zrobili), „Będzie komercha”…

Pojawiły się zdjęcia, reportaże, zwiastuny i już w tedy na 101% było pewne, że to będzie niewypał. Odtwórca Goku jest taki nijaki. Mizerny, patykowaty, z twarzy podobny zupełnie do nikogo. Oczywiście nie chciałbym widzieć zamiast niego Pudziana czy innego byka, ale kogoś żywego, z zarysem MUSKULATURY! Matko… Jakby go Vegeta zobaczył to chybaby się załamał.

Oddajcie mi półtorej godziny życia!

Przyszedł czas na premierę! W kinach tłumy, ale mnie na to g*wno nie zwerbują. Idę na coś innego.

W necie co druga strona daje linki do super, ekstra wypasionego, w pełni realistycznego filmu „Dragon Ball: Evolution”. Fuj! Nie ściągam i basta (bo jakość za słaba). Mijają dni, tygodnie, a w sieci krąży ładny DVDrip. Patrzę ile miejsca mam na twardzielu, linki kopiuj-wklej, 2 godzinki i fru odpalam.

Obejrzałem kilka dni temu. Mam uraz psychiczny, karmią mnie jakieś dziwne osoby w bieli, a owinięty jestem niczym mumia. Oto historia mojej historii TYLKO DLA DOROSŁYCH!

Odpalam i uszy me wyłapują charakterystyczny motyw z 20th Century Fox, który akurat bardzo mi się podoba. Oczy z fotograficzną precyzją dostarczają mi obraz. Widać planety, gwiazdy jednym słowem galaktyka jakaś, a w tle „Piccolo i Ozaru razem unicestwiali świat (…)”. Myślę: Yyy… Co do xxx?! Rozpoczyna się moja agonia. Nie będę streszczał wam minuty po minucie, bo nie za to mi płacą, ale pokrótce opiszę swoje obserwacje.

Zachowanie postaci porównam do kamienia. Jest bo jest, po co to nie wiem, komponuje się z otoczeniem i zazwyczaj nikomu nie wadzi. Odgłosy wydawane z tych „kamieni” i towarzysząca im „mimika” są tak realistyczne, jak śpiew z playbacku. Czas i miejsce zdarzenia to xx.xx.xxxx i godzina xx:xx. Wiem, że to może i dobrze nie trzymać się sztywno mangi, ale do jasne Anielki – to był koszmar! Bez ładu i składu, bez pomysłu, jakby dwuletnie dzieci wzięły kamerę i zaczęły kręcić. Co gorsze, wnioskuję, że będzie część druga, a wynika to z końcowej sceny (minuta po pierwszych napisach), której Wam nie zdradzę.

I najboleśniejsza sprawa. W ten film rączki maczał AKIRA TORIYAMA… Może był pijany, może zmęczony, a może go tam wcale nie było i sam się zdziwił, że uwzględniono go w napisach. Mógłbym tu tak pisać i pisać, bo aż mnie korci żeby to wszystko wyrzucić, ale po co? Sami się przekonajcie, albo i nie. Ogólnie to nie polecam, chyba że ktoś ma wolne 1,5 godziny życia, albo baaardzo mu się nudzi.

„Dragon Ball: Evolution” – dno i sto metrów mułu już na DVD, Blu-ray oraz w TV!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *