Hellsing & Drifters – konfrontacja!

Hirek Kotek – o autorze

Hirano Kouta urodził się w roku 1973. Swoją popularność zawdzięcza „Hellsingowi”, mandze rozpoznawalnej na całym świecie, która wpisała się w ramy japońskiej popkultury. Cechą rozpoznawczą autora jest… Opieszałość. Pan Hirano wydając dziesięć tomów w 10 lat stał się chyba jedynym autorem, który posiadając tak znany tytuł, tak długo kazał fanom czekać na kolejne części.

Drugą sprawą jest rozgraniczanie „rozpoznawana” od „doskonała”, bo „Hellsing”, wg mnie i szerokiej rzeszy czytelników, nie jest serią rozbudowaną fabularnie. Ten brak jednak uzupełniony jest ciekawym pomysłem i charyzmatycznymi bohaterami.

Oczywiście nie była to pierwsza jego pozycja w ogóle, bo przed nią ukazały się m.in. „Crossfire” – totalna klapa HiKo, „Angel Dust” – hentai, który podobnie jak reszta z tego gatunku i jego wykonania, nie wypalił czy „Ikaryaku” – gdzie autor uczynił siebie głównym bohaterem.

Kościół, wampir dwa bratanki. I do gnata, i do szklanki (krwi?!)

Początek „Hellsinga” jest sztandarowy. Zapoznajemy się z bohaterami, którzy będą tę serię tworzyli, czyli: Integrą Farburke Wingates Hellsing – dziedziczką tajemniczego rodu Hellsing, lokajem i głównym doradcą Integry – Walterem, Victorią Seras – pół-wampirzycą z przypadku oraz wampirem Alucardem – Panem ciemności, zła, demonów itd… Czytelnik od razu jest wrzucany w wir całej machiny ds. zwalczania wampirów, co może być kłopotliwe i mylące, mimo późniejszych wyjaśnień co, kto, kogo, kiedy, po co i dlaczego.

Wiemy, że Alucard to chodząca maszynka do zabijania, oddany tylko jednej osobie, swojej Pani Integrze. Wiemy, że ktoś stara się całą armię Hellsing wytępić, i wiemy, że Watykan, państwo kościele, również jest zamieszane w tę intrygę. Bardzo męczące/ekscytujące (niepotrzebne skreślić) jest wyczekiwanie na ujawnienie personaliów i celów tego ktosia, któremu tak zależy na… No właśnie, na czym?

Postacią chcącą skupić na sobie uwagę jest nazistowski major, pamiętający jeszcze czasy II Wojny Światowej. Stał się on wampirem tak jak i reszta byłych SS-manów, którzy wyrazili chęć na rozpętanie, uwaga, kolejnej wojny. Ten zamysł zasługuje na Oscara, czy co tam pasuje, bo zrobienie ze zgrzybiałych, nazistowskich staruchów wampirów, to nie byle jaki wymysł ludzki. Niestety, gdy dochodzi do starcia nad Londynem akcja zwalnia. Nie chodzi o brak jakikolwiek działań, wręcz przeciwnie, ale to wszystko jest skurczone do jednej nocy. Na prawo giną mieszkańcy stolicy Anglii mordowani przez nazistów, na lewo bijatyka Hellsingckiego wampira z katolickim księżulkiem, na wprost cieszący się ze wszystkiego major, który tylko odhacza punkty idące z jego wcześniejszymi założeniami. I tak przez trzy OSTATNIE tomy.

Zachodzą pewne anomalie w zachowaniu poszczególnych postaci (przykładowo jeden jegomość młodnieje i okazuje być się tym złym), a te enigmatyczne, posiadające „super moc”, od tak giną, śmiejąc się przy tym. Nie brak krwi, dynamicznej akcji czy intryg, ale brakuje skupienia. To tak, jakby opowiadać o ostatnim odcinku anime nie znając wcześniejszych wydarzeń. Niby można się połapać, ale odczuwa się niedosyt.

A, właśnie się zorientowałem, że nawijam tylko o ostatnich tomikach. Pewnie się zastanawiacie, co było wcześniej… Choć w zasadzie nie ma o czym pisać. Załóżmy, że te pierwsze siedem tomów to taki wstęp, gdzie dowiadujemy się nieco o postaciach, co robią i po co, ich cele i wgłębiamy się w rzeczy, które w ogóle nas nie będą obchodziły.

Cóż, trochę pojeździłem, po części przesadziłem, więc pora na jakieś plusy. Najbardziej może spodobać się pokazanie chrześcijan z innej strony, choć z historii wiemy, że mordowali wszystkich (kobiety, dzieci, starców, gwałcili, rabowali itd.) w „imię Boga”, więc to żadna nowość, ale współczesny świat jakby o tym zapomniał. Wyobrażacie sobie, że papież (i to nasz!) w niedzielne południe odprawia mszę, a godzinę później wydaje rozkaz eksterminujący wampiry czy inne pogańskie paskudztwo. Hirano Kouta zdał się na typowy schemat walki dobra ze złem, ale paradoksalnie obie te grupy (kościół i organizacja Hellsing) nie mają jasno przyporządkowanych tych cech. Starcia między ich głównymi żołnierzami, czyli Alucardem i księdzem (ojcem) Andersonem, są symboliczne, niczym z biblijnych historii, gdzie boski wybraniec stawia czoła wysłannikowi szatana. Analogii, sprzeczności i kontrowersji nie brakuje, i jest to chyba klucz do sukcesu.

Na koniec została nam kwestia dla części najistotniejsza – kreska. Rysunki nie są monotonne, za to szczegółowe i bardzo charakterystyczne dla HiKo. Nie możemy narzekać, tym bardziej, że autor sam przyznaje, że tę część pracy bardzo dopieszcza. Trudno doszukać się jakiś błędów czy maszkar w odwzorowaniu rzeczywistości, nie mówiąc o postaciach będących wymysłem samego autora.

Tak, to cały „Hellsing”. Naziści-wampiry, chcący raz jeszcze zasmakować wojny, ponętna Victoria i jej mistrz Alucard, obiekt westchnień czytelniczek, kościół jako doskonale zorganizowany organ do zwalczania przeszkód wszelkiego rodzaju. Tyle. I w dziesięć lat stajesz się ulubieńcem miłośników M&A.

Quo Vadis, Wędrowcze?

Mangaka po dokończonej serii o wampirach znów dał o sobie znać i znów od strony swojego stylu. Nie chodzi o doskonałe rysunki, jakimi zaszczycił nas w „Hellsingu”, a o kolejną serię, która doczekała się dwóch tomów w ponad dwa lata (tom drugi zostanie wydany 30.IX.2011 r.). Mowa tu o „Drifters” – „Wędrowcach”.

Pierwszy rozdział pojawił się na łamach Young King Ours w wydaniu czerwcowym. Tytuł od razu mnie, jak i innych, zaintrygował, bo widać było, że coś tu nie gra. Na początku scena historycznej walki w epoce Sengoku, a po niej główny bohater – Toyohisa Shimazu (postać prawdziwa) staje naprzeciw siedzącego mężczyzny, ubranego współcześnie, posiadającego współczesne wytwory (maszyna do pobierania numerków, termos itd.). Dalej jest już ciekawiej. Pojawiają się kolejne postacie żywcem wzięte z japońskiej historii – Nobunaga Oda, Nasu no Yoichi i postacie europejskie – Joanna D’Arc, Rasputin czy Hannibal Barkas.

Fabuła jest lepsza, dużo lepsza od tej z „Hellsinga”. Również czas wydaje się być bardziej rozciągnięty, bo o ile w poprzednim tytule główny wątek trwał dzień, a dokładniej – noc, to „Drifters” pod tym względem góruje, mimo że nie znamy etapu końcowego, jakim zaskoczy nas autor.

Nasza trójka, z którą spędzimy większość czasu (Toyohisa, Nobunaga, Yoichi) zostaje dosłownie ściągnięta ze swoich epok przez organizację Juugatsu Kikan do innego wymiaru, gdzie zamieszkują elfy i ludzie, prawdopodobnie również „wyciągnięci” ze swoich czasów przez kogoś innego. To właśnie ci pierwsi wprowadzą naszych bohaterów w nową dla nich sytuację. W międzyczasie na światło dzienne wychodzi wcześniej panujący konflikt na linii ludzie-elfy, gdzie to ci drudzy są na straconej pozycji będąc niewolnikami.

Japońscy wojownicy nie są bierni i zaczynają podbój nowo poznanych ziem! Tu inicjatorem jest stary wyjadacz Oda Nobunaga (znany ze swojego okrucieństwa, ale również z niezwykłego zmysłu taktycznego), stając się kimś na wzór przywódcy rewolucjonistów. Ich pierwsze działania kończą się dużym sukcesem. Nie tylko pokonują odziały armii wroga, ale w szczególności jednoczą ze sobą elfów, którzy widzą w nich nadzieję na lepsze jutro.

Zmotywowani i głodni walki – elfy i samuraje ruszają na pierwszą fortyfikację, gdzie dokonują rzezi i zdobywają cenne informacje o wrogu. Wkrótce rozpocznie się piekło, w jakim rebelianci staną oko w oko z Potępionymi.

W chwili pisania tego artykułu jestem po 23 rozdziale z czego 21 już przetłumaczyłem (wszystkie do pobrania). Mamy już kalkę z „Hellsinga”, bo o ile tam „starcie tytanów” nastąpiło w końcowym etapie opowieści, to tu mamy przyjemność podziwiać walki we wczesnym etapie historii. Pojedynek Toyohisy z Joanną d’Arc przypomina starcie Alucarda z Ojczulkiem, a Yoichi z Gillesem… Jak ktoś czytał wampirka niech sam sobie dopasuje.

Jeszcze krótko o przeciwnikach Wędrowców. Oponentów można wyróżnić na Cesarstwo Orte, gdzie warto zwrócić uwagę na portret przywódcy (rozdział 18) i subtelne nawiązanie do poprzedniego tytułu, a także na napomnianych Potępionych, gdzie dowodzi Czarny Władca, któremu przypisuje się postać Jezusa (tak, tego z Betlejem). Nie znamy jeszcze sytuacji na wschodzie kraju, więc trudno powiedzieć, czy Orte walczy z przyszłym sojusznikiem, czy wrogiem dla elfich buntowników.

Przytoczone wcześniej stowarzyszenie Juugatsu Kikan jest odpowiedzialne za sprowadzenie Wędrowców i wyraźnie w celu zrobienia z nich głównych przeciwników dla Czarnego Władcy, ale do tej pory bardzo mało o nich wiadomo, a jedną z postaci z nimi związaną jest Olmine – cycata blondi podobna do Seras, Victorii of kors. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że pan Hirano Kouta ponownie uraczy nas walką między teoretycznie dobrymi i złymi, a nam pozostaje śledzić poczynania Wędrowców.

Prognoza na przyszłość

Do tej pory wydano 23 rozdziały Wędrowców. Od razu widać inteligentne i przemyślane rozmieszczenie akcji. Mamy kilka niejasności, ale nie jesteśmy nimi zasypywani i z czasem do wszystkiego można dojść. Jeśli chodzi o humor, to „Drifters” przoduje. Mamy tu klasyczny styl wywoływania u czytelnika uśmiechu, a wieczne spory Ody i Olmine nie zdążyły się przejeść. Nie porównywałbym „Hellsinga”, gdyby nie sam autor i jego dążenie do karykaturowania swoich serii, a u wampirków mamy tyle, co na ostatnich stronicach.

Jeśli kogoś interesuje kreska, to ta się nie zmieniła. Przynajmniej nie na gorsze, bo dalej jest staranna i szczegółowa, a u niektórych postaci zauważymy podobieństwo do tych z poprzedniej serii. O wyższości fabuły nie będę już pisał, żeby się fani H. zbytnio nie zezłościli.

Przyszłość Wędrowców mieni się w kolorowych barwach. Jest to ambitny tytuł, łączący humor, posiadający podstawę pod dobrą akcję i będący w fazie ciągłej, czyli jeszcze wszystko przed nami.

Jest jeszcze jeden, mały smaczek. Alucardek został wydany w naszym kraju przez J.P.F i to z całkiem dużym rozmachem. Obie mangi mają tego samego wydawcę (Shounen Gahosha), który jest właścicielem magazynu Young King OURs, gdzie obie serie wydawano (oczywiście „Drifters” jest publikowany do dziś). Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, aby i najnowszy tytuł zawitał na nasze półki. To oczywiście sprawa wewnętrzna naszego wydawcy i jego stosunków/możliwości z japońskim gigantem, ale osobiście nie widzę przeciwwskazań. Kto wie, może za czas niedługi…

Zapraszam do udziału w dyskusji nt. obu serii „HELSING” & „DRIFTERS” oraz waszych wrażeń po zapoznaniu się z nimi. A także czy chcielibyście, by J.P.F wydało nowe dzieło Hirano Kouty?

Manga „Hellsing” do kupienia poprzez stronę polskiego wydawcy http://jpf.com.pl.
Manga „Drifters” póki co za darmo do przeczytania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *