Kilka słów o DBZ: Kami to Kami

Dragon Ball Z: Kami to Kami w pigułce

14 film z serii „Dragon Ball” został zaprezentowany w kwietniu. Całkiem niedawno trafił na sklepowe półki w formie dysków DVD i Blu-ray, a jego cena, po przeliczeniu, wynosi od 120 do 300 złotych. Niemało, zważywszy na fakt, że niższa cena przypada na zwykłe wydanie DVD.

Chętnych nie brakuje. Dyski rozchodzą się jak świeże bułeczki – ponad 25 tysięcy krążków BD i ponad 27 tysięcy krążków DVD znalazło nabywców po około dwóch tygodniach od sklepowej premiery.

Po zeszłorocznej zapowiedzi, że film powstanie, każdy fan z utęsknieniem czekał na ponowne spotkanie z Son Goku, Vegetą, Piccolo i resztą. Apetyt nasilał się z każdą nową wiadomością, z każdym kadrem, aż w końcu zwiastunami. Wyglądało to bardzo obiecująco.

Ci, którzy zasiedli na kinowej sali, po seansie wypowiadali się pozytywnie o „walce bogów”. Chwalili animację, efekty, fabułę. Co najwyżej z mieszanymi uczuciami przyjęto nową wersję hitu „Cha-la Head-cha-la”, który w swojej wersji wykonał zespół Flow.

„Dragon Ball Z: Kami to Kami” to film wyróżniający się przede wszystkim zewnętrzną obsadą, a mianowicie scenarzystą. W tę rolę, po raz pierwszy w historii filmów DB, wcielił się autor oryginału, czyli pan Akira Toriyama. Z dumą opowiadał, że w końcu miał wpływ na akcję filmu bazującego na jego pomyśle.

Nadszedł czas, kiedy i ja znalazłem czas na „czternastkę”, a swoje odczucia zapisuję poniżej.

Przygotowanie

Seria „Dragon Ball” została powołana do życia w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Dziś każdy szanujący się obywatel naszego kraju płci męskiej, który ma ponad dwadzieścia lat, zna historię siedmiu smoczych kul spełniających jedno życzenie. Na naszych oczach rósł główny bohater – Son Goku – a wraz z jego wiekiem rośli w siłę jego oponenci. Goku nie raz, nie dwa, ratował ziemię, galaktykę, a nawet obszary w innym wymiarze. Stał się legendą. O jego wyczynach słyszał każdy, prócz jednego boga. W dodatku nie byle jakiego.

Czy tegoroczny film jest tylko dla fanatyków pomarańczowych kulek z gwiazdkami? Nie. Niewtajemniczeni mogą jedynie nie załapać kilku wątków, ale odbiór na tym nie ucierpi, więc każdy może czerpać frajdę z „walki bogów”.

Oglądamy-oceniamy: dźwięk

Jako pierwszy poruszę temat muzyki, ponieważ zazwyczaj jest to najkrótsza część oceny. Nie miałem większych nadziei co do udźwiękowienia. DB zawsze charakteryzowała monotonia, a jedyne wyróżniające się dźwięki to opening i ending. Jedak i to nie wyszło.

Piosenki początkowej nie ma, co akurat uważam za plus. Za to w środku jednej z walk autorom zachciało się upchnąć trochę męskiego wokalu. Odgłosy walki wraz z jękami i gruchotem łamanych kości nie wkomponowały się w j-popowy kawałek. Dwóch gości się naparza, przy okazji coś do siebie mówiąc, a trzeci śpiewa. To nie ma prawa wypalić.

I kwestia końcowej piosenki. Zespół Flow i jego „Cha-la Head-cha-la” to zjawisko trudne do wyjaśnienia, nawet dla mnie. Syntezator, łubu-dubu, wokal gubiący rytm. Mnie to nie ruszyło.

Oglądamy-oceniamy: animacja

Odświeżona wersja „Zetki”, czyli „Dragon Ball Kai” wyznaczył drogę, po której od kilku lat stąpają najnowsze animacje. Się ma błyszczeć, pięknie leżeć i wyglądać. Efekt porcelanowej laleczki to norma, do której trzeba się przyzwyczaić, albowiem znaczek HD do czegoś zobowiązuje.

„Kami to Kami” jest dobrze wykonane, mimo że wciąż lepiej mi się patrzy na starsze tytuły wykonane starymi metodami. Od razu warto zaznaczyć, że to nigdy nie była seria wymagająca pieczołowitości. Dragon to twór spod „luźnej ręki”. Typowa kreska p. Toriyamy. Lekko drażni nieudolnie wykonane efekty komputerowe. W niektórych scenach można by się bez nich obejść bądź zrobić to lepiej.

Postaci z pierwszego planu są wykonane starannie, jednak nim dalej tym po staremu. Nie przeszkadza mi, że postać kilka metrów dalej ma zarys głowy bez twarzy, ale na pewno znajdą się wybredni. Ruchy ciała i walki poprawne, bez zgrzytów. Pojedynki ogląda się z zapartym tchem. Dynamiczne, bez niepotrzebnej dłużyzny. Zniszczenia także wyglądają realistycznie.

Animatorzy zrobili swoje, w starym stylu, ale z pewnymi udogodnieniami dzisiejszych czasów. Oczy nie ucierpią, wręcz przeciwnie. Warto je od czasu do czasu wytężyć.

Oglądamy-oceniamy: fabuła

„Walkę bogów” zapamiętam na długo. W czasie seansu miewałem chwile konsternacji. Całość trwa około 80 minut. To dużo i mało zarazem, w zależności, co chce się przedstawić. Ale film jest „spokojny”; to dosłownie kawałek dnia wyrwany ze świata smoczych jaj… Przepraszam, kul. Ale po kolei.

Bohaterzy spotykają się w Capsule Corporation na zabawie z okazji urodzin Bulmy. Jedynym nieobecnym jest Goku, który trenuje na planecie Czcigodnego Kaio. To własnie tam dochodzi do pierwszego spotkania z najsilniejszym bogiem wszechświata, pana zniszczenia, Billem.

Kolejny przeciwnik Son Goku. Najpotężniejszy z potężnych – Bóg zniszczenia Bill.

Jak wspomniałem wcześniej, o wyczynach sayanina słyszał prawie każdy, ale wśród tych niedoinformowanych znalazł się ów Bóg, który przebudził się z długiego snu. Zaciekawiony katem Freezera postanawia osobiście stanąć przeciw niemu. Pojedynek Son Goku i Billa był z góry do przewidzenia. Trzeci poziom Super Sayanina okazał się niewystarczającą bronią, a zawiedziony przeciwnik, swoją drogą przypominający egipskiego bożka Anubisa, postanowił odwiedzić planetę Ziemia.

Warto nadmienić, że Billa nie tyle interesował sam Goku, co bardziej myśl, że może on być Super Sayańskim Bogiem. Tak Bill ochrzcił potężnego sayanina, z jakim, według przepowiedni kijanki (poważnie, tak wygląda), miał zmierzyć się w fascynującej walce.

Najniebezpieczniejsza postać w galaktyce trafia na ziemskie przyjęcie w rodzinnym domu Bulmy. Uprzedzony zawczasu przez Kaio Vegeta ma jedno, bardzo ważne zadania. Jeśli nie sprosta, planeta przestanie istnieć. Co więcej, sayański książę zdaje się doskonale znać morderczego boga.

Przyznam, że mocno mnie zaintrygowało to, jak ukazano Vegetę. Jeśli trzeba – walczy, ale wyłania się też jego druga strona. Sami zobaczycie i na pewno się zdziwicie.

Jednym z humorystycznych elementów jest pojawienie się Wielkiego Pilafa. Choć „wielki” to przesada, bowiem wraz ze swoją dwójką wiernych podwładnych zostali zamienieni w dzieci. Pilaf ponownie połasi się na smocze kule, ale tym razem pragnienie władzy nad światem zamieni na… I tego dowiedziecie się z filmu. Także z Mayą i małym Trunksem wiąże się nowa historia.

Drugą nową i wyrazistą postacią jest towarzysz Billa – Whis. Pełni on rolę opiekuna, choć czasami ma się wrażenie, że to szara eminencja. Niemniej jego obecność jest kluczowa dla rozwoju akcji.

Do walki z bogiem zniszczenia ruszają wszyscy wojownicy, a nawet i nie wojownicy. Przemiany, fuzje i zmasowany atak nie przynoszą spodziewanego rezultatu. I kiedy ma już nadejść koniec, zjawia się on.

Kakarotto wzywa Shenlonga. Boski smok niejednokrotnie pomagał w walce ze złem spełniając życzenie, zatem i tym razem liczono na jego moc. Przerażony obecnością Billa smok, dzieli się sekretem dotyczącym Super Sayańskiego Boga. Dzięki tej wiedzy nasi bohaterzy mogą przystąpić do decydującej walki.

Podtytuł Kami to Kami, czyli Bóg kontra Bóg do czegoś zobowiązuje. Znamy już jednego boga – Billa, zatem kim jest drugi? No cóż, Bóg może być tylko jeden.

Czy i tym razem Son Goku pokona zło, które zagraża światu?

A na koniec…

Czternasty film z serii smoczych kul nie zawiódł mnie. Z ogromną przyjemnością delektowałem się nową przygodą starych znajomych. Jest zaskakujący, dynamiczny i momentami śmieszny. Kawał solidnej roboty. A niedoskonałości? Jakie niedoskonałości?! Tego się nie widzi podczas seansu.

Niech i Was wciągnie wir wydarzeń pana Toriyamy. To dzięki niemu zawdzięczamy dzieciństwo wypełnione przygodami. Ze swojej strony mogę podziękować, że znów poczułem się jak jedenastolatek próbujący rozwalić drzwi Kamehamehą. Zachęcam fanów, antyfanów i osoby neutralne do obejrzenia „walki bogów” – warto!

PS. Mam wrażenie, że to ostatni film „Dragon Ball-a”, a przynajmniej ostatni, w którym czynny udział wziął p. Toriyama. Obejrzycie napisy końcowe do samego końca, a gwarantuję, że przejdzie przez Was gęsia skórka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *