Mushishi – recenzja pierwszego tomu od Hanami

Mushishi – Zaklinacz Robaków” – jest mangą z czołówki japońskiego komiksu. Klasyk, który gości na półce niejednego Japończyka czy Amerykanina, dzięki wydawnictwu Hanami trafił do naszego kraju. Za mną pierwszy tom tego, i nie piszę tak, bo jestem ogromnym zwolennikiem serii, magicznego komiksu, który powstał spod ręki pani Yuki Urushibary. Jak wypadło polskie wydanie?

Wizualnie

Wyszło naprawdę wzorowo. Piękna okładka z pastelowymi kolorami, na okładce ukazująca głównego bohatera, Ginko. Na grubej tekturce użyto specjalnej perforacji, co pobudza zmysł dotyku. Łał! Tył został poświęcony bohaterom, z którymi czytelnik zetknie się w trakcie czytania historii. Hanami przyzwyczaiło do nie załączania obwolut i nie inaczej jest tym razem, co w cale nie jest na minus.

W środku gruby, kredowy papier. Rysunki są świetnie odwzorowane – nie ma gubienia czerni czy innych drukarskich wpadek. Rozmiar jest taki sam, jak chociażby „Ikigami” bądź innych tytułów wspomnianego wydawnictwa.

Cegła liczy sobie 228 stron, wśród których cztery są w kolorze. Ostatnia poświęcona jest ekipie pracującej nad tomem. Za tłumaczenie odpowiedzialny jest pan Radosław Bolałek, za korektę pani Agnes Karczewska. Są to osoby znane z poprzednich serii, zatem nie ma zaskoczenia.

Zaskoczeniem, niemiłym, może okazać się cena: 34,90 zł. To jednak dużo, zważywszy na fakt, że „Ikigami” kosztował 30,45 za tom. Na szczęście „Mushishi” można kupić taniej dzięki promocjom, co pozwala zaoszczędzić około 8-10 złotych.

O Mushishi

Wypadałoby napisać wpierw, o czym w ogóle jest komiks, o którym jest tyle szumu.

Tytuł odnosi się do profesji, jaką zajmuje się główny bohater, białowłosy Ginko. Zaklinacze Robaków są obdarzeni niezwykłą zdolnością, charakteryzującą się wiedzą i umiejętnością radzenia sobie z Mushi – Robakami. Nie są to popularne owady ani inne znane nam stworzenia, a istoty z pogranicza życia i śmierci, z dwóch światów. Ten prymitywny twór to pierwsze, co zamieszkało naszą planetę. Na ogół są dla nas niewidzialne, ale, jak to bywa wśród takich istot, niekiedy przybierają fizyczną postać, przez co widzimy je jako „duchy” bądź podobnego do nas człowieka. Nie są groźne, ale jeśli skrzyżują drogę z ludzkim towarzystwem, konsekwencje tego mogą być skrajne.

„Mushishi – zaklinacz Robaków” – ma zadanie, aby tę więź zakończyć i przywrócić człowiekowi to, co przez Mushi mogło być odebrane np. ciało, słuch bądź normalne życie. Poniżej treść, która widnieje na tylnej okładce pierwszego tomu (pisownia oryginalna):

Istoty nie z tego świata.
Przedziwne niższe byty, nie przypominające zwierząt, ni roślin.
Zbieranina stworzeń o najdziwniejszych formach
od dawna budząca w ludziach obawę,
ale i szacunek, zwana była „mushi”.
Mushishi zaś zajmuje się ich badaniem.

Autorem jest pani Yuki Urushibara, a jej dzieło pierwszy raz podziwiano 25 stycznia 1999 roku w magazynie Monthly Afternoon. Tomy ukazywały się do 25 sierpnia 2008 roku, wieńcząc całość w dziesięć części. W postaci anime „Mushishi” ukazywało się między 2005 a 2006 rokiem. Obecnie jest to seria tłumaczona przeze mnie, którą możecie obejrzeć przechodząc do strony projektu.

To, co w środku

Trzeba rozdzielić na część artystyczną i merytoryczną. Co mogę napisać o dłoni pani Urushibary? Może tylko tyle, że jej wizja świata, w którym rozgrywa się historia, jest dla mnie na tyle kusząca, że chętnie się tam przeniosę. Rysuni są naprawdę dobre, ale może dlatego tak to opisuję, bo zaakceptuję każdą, najbardziej abstrakcyjnie przedstawioną graficznie opowieść. Choć nie ukrywam, że są rysunki, na które mógłbym patrzyć godzinami, jak przykładowo Tsutomu Takahashiego. Ale wracając do „zaklinacza Robaków” – jest nad czym oko zawiesić i się zachwycić, tym bardziej, że z tomiku na tom będzie coraz lepiej.

Odrębną część stanowi bezpośrednia ingerencja polskiej strony w postaci redakcji wydawnictwa Hanami. Jak wspomniałem na początku, tłumaczenie na swoje barki wziął pan Bolałek, którego styl każdy opisuje różnie. Jako tłumacz-amator pewnie powinienem zdusić zapędy karcące kogokolwiek z redakcji, ale na pewno każdy się zgodzi, że krytyka, choć może nie jest to właściwie słowo, wszak nie mam zamiaru zmieszać – słusznie bądź nie – nikogo z błotem, jest lepsza, niż bierność i akceptacja czegoś, co może i powinno być ulepszone.

Tragedia? Nie, choć już przeczytałem kilka wpisów osób, które spaliłyby każdy tom.

Pierwszy rozdział to prawdziwe wyzwanie dla oczu. Znacie te sytuacje, w których tekst nie jest w dymkach, tylko na tle scenerii przedstawianego świata? Na pewno tak. Zauważyliście też, że ów tekst łatwo zlewa się z odcieniami czerni oraz bieli i gdyby nie biała bądź czarna otoczka, która oplata słowa, to byłyby nie do odczytania. Właśnie. Szkoda, że tego zabiegu nie wykonano we wspomnianym pierwszym rozdziale. Za dziesięć lat, kiedy wzrok całkiem mi siądzie, będę musiał prosić młodszych członków rodziny, żeby odczytali mi zdania ze strony 54. Nie lepiej jest na 47 stronie i ogólnie w niektórych miejscach. Co ciekawe, w następnych rozdziałach jest tak, jak powinno. Przeoczenie. Zdarza się.

Pamiętam dobrze pięć odcinków anime, które już przetłumaczyłem i które są właśnie z pierwszego tomu. Nic mnie tu nie zaskoczyło prócz nazewnictwa i stylistyki, jakiej nie powstydziłby się niejeden obywatel innego kraju uczący się naszego języka. Niestety, ale jest cała masa powtórzeń. Zdania również bywają nienaturalne bądź pozbawione charakteru. Wszak każdego bohatera trzeba przedstawić indywidualnie, a nie na jedno kopyto.

Przytoczę, z poczucia rzetelności, kilka przykładów zdań, którym można by nadać większą swobodę lub mam osobiste zastrzeżenia:

Ginko o Shinrze:

„Wygadany jest…
Jest znany wśród mushishi”.

A nie lepiej byłoby

„Wygadany jest…
I do tego znany wśród mushishi”.

Dialog między Ginko a Shinrą:

„Żyjesz tak sam na odludziu?
– Odkąd cztery lata temu zmarła babcia. Babcia powiedziała, że nie mogę opuścić tego domu.
Babcia musiała być mądra”.

Drugie użycie „babci” jest zbędne, tak samo jak trzecie, choć tu można by zmienić na „(…) mądrą kobietą”.

Shinra o Robakach:

„Gdy zostawałem sam, takie coś przychodziło mi do głowy”.

Z wielką chęcią przeczytałbym japońskie zdanie. Jeśli dobrze pamiętam, to on je widział i rysował, nie były zaś wytworem jego wyobraźni.

Ginko o Renzu:

„Lubisz sobie golnąć podziwiając księżyc?”.

I o takie tłumaczenie chodzi! Ma być charakter. Piątka dla pana Radosława.

Ginko o jednym z bohaterów:

„Byłaś kiedyś człowiekiem, ale posiadłaś zdolności mushi. Nie przeistoczyłaś się całkiem w mushi, dlatego jesteś taka słaba”.

Szkoda, że tłumacz nie pokusił się o synonimy do Mushi. Szkoda też, że korekta nie wychwyciła powtórzenia.

Ginko do Renzu po jej „przejściu”:

„Wspaniałe. Ta część jest pokryta mchem.
– Aha, to miejsca, gdzie wylał się ognisty alkohol”.

Będę się czepiał. Trudno. Ognisty alkohol jest cieczą i nie mógł zatopić części lasu na wyrywki. Może:

„Wspaniałe. Wszystko jest pokryte mchem.
– Aha, wszędzie tam, gdzie sięgnął ognisty alkohol”.

Wprowadzenie do rozdziału drugiego:

„(…) rozmawiaj z kimś albo zasłaniaj uszy, inaczej coś pożre ci uszy”.

Słowo daję, nienawidzę takich irytujących powtórzeń. „Inaczej coś ci je pożre”!

Shirasawa o Mahou:

„Przestał słyszeć dźwięki, które słyszał wcześniej”.

A można przestać słyszeć dźwięki, których się nie słyszało? Korekto, POBUDKA!

Ginko w trakcie poszukiwań Mahou:

„Gdy w pobliżu nie ma dźwięku, słychać dźwięk własnego serca”.

Serce bije…

Nazewnictwo to prawdziwe pole minowe. Można pokusić się o pozostawienie japońskich nazw, ale to wersja dla raczkujących „translatorów”. Stare wygi tłumaczą wszystko, nawet coś, co jest nieprzetłumaczalne.

Jeden z Robaków – „Un” – żywi się dźwiękiem. W japońskim zapisie przedstawia się następującym znakiem: „”. Znaczeń ma kilka: ryk krowy, krzyk, wrzask, skamlenie. Osobiście przetłumaczyłem go jako Krzykacza, mimo że nie wydaje dźwięku a go wchłania. Właśnie ze względu na ten paradoks najbardziej mi pasowała powyższa nazwa. W polskiej, oficjalnej wersji czytelnik pozna „Wciągacza”, co też ma sens z powodu głównej cechy Mushi, mianowicie pożerania, wciągania dźwięku. Absolutnie nie będę starał się udowodnić, która wersja lepiej odwzorowuje znaczenie, ale pokazuję, jaką trudność sprawia nazewnictwo i jak właściwie wyczuć intencje autora.

Za pierwszym razem nawet zauważyłem brak jednej literki, ale po przekartkowaniu nie znalazłem zguby, więc chyba mi się wydawało. Jednak z pewnością nie raz powrócę do „Mushishi” i może dopatrzę się zguby bądź zaopatrzę się w okulary.

Niemniej powyższe przykłady pokazują, co mi leży na wątrobie. Nie ma tragedii, ale… No właśnie, jest zawsze jakieś „ale”.

„Zaklinacza” czyta się bardzo szybko, nawet wliczając w to zachwyt nad odwzorowaniem krajobrazu i bohaterów. Oczywiście co innego, gdy dojdzie się do końca lektury. Wówczas wyobraźnia robi sobie z nas żarty, a mózg szepcze: „Czy to o nieregularnych kształtach, co przed chwilą mignęło Ci przed oczyma, nie było Robakiem. Nie było Mushi?”. Któż z nas nie lubi momentów, gdy po zakończeniu książki lub komiksu nie tworzymy w głowie własnych historii? Pod tym względem „Mushishi” połechta Waszą pomysłowość.

Celowo nie streszczam rozdziałów, których jest pięć, bo każdy tworzy osobną historię. Są krótkie, ciekawe i pomysłowe, a w kolejnych osłonach niektóre części się ze sobą splatają. Ale to przed nami.

A gdyby

Tak przymknąć na to oko, bądź spojrzeć z innego kąta, bardziej ogólnikowo, to jak ocenić pierwszy tom „Mushishi” od Hanami? Fakt, że boli brak polotu, bo, kurczę, to naprawdę jest kawał świetnej historii. Nawet doświadczony czytelnik może nie odebrać magii świata Mushi. Słowa także się liczą. Niekiedy bardziej niż piękne obrazy. Nie ukrywam lekkiego rozczarowania, ponieważ mam w głowie, że Hanami nie jest jakimś tam wydawnictwem, które stawia pierwsze kroki, a pełnowartościowym dystrybutorem japońskiego komiksu z najwyższej półki, dlatego też oczekiwania muszą być duże.

Jak wspomniałem wcześniej – rozdzielam japońskie od polskiego. Graficznie i fabularnie: wzorowo; jakościowo i merytorycznie: średnio z plusem. Jestem przekonany, że ktokolwiek nie zakupiłby pierwszego tomu z myślą o skompletowaniu serii, nie zawiedzie się. Od drugiej części będzie świetnie i bajecznie, tak wyczuwam. Ekipo Hanami – dziękuję, bardzo dziękuję za „zaklinacza Robaków” i głęboko wierzę w to, że pozwolicie czytelnikowi poczuć magię. Szczerze polecam każdemu.

Tom do nabycia w sklepie na stronie Hanami lub w punktach z prasą i w księgarniach internetowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *